|
|
||||
|
|
Święte Waranasi - umrzeć nad brzegiem Gangesu "Waranasi jest starsze niż historia, jest starsze niż tradycja, jest nawet starsze niż legenda. Jest trzykroć starsze niż wszystkie one razem wzięte" Słowa te miał wypowiedzieć sam Mark Twain, kiedy przybył z wykładami na tutejszy uniwersytet w trakcie jednej ze swych misji profesorskich. Najświętsze (i niestety najbrudniejsze) miasto Indii to bodajże najstarsze miasto świata zamieszkałe stale od ponad dwóch tysięcy lat. To tutaj można odnaleźć w ludzkości to co pierwotne, to co stare, to co nieraz przerażające i odrażające. Wielu przyjeżdża tu właśnie po to, by stać się świadkami obrzędów sięgających najstarszych tradycji religijnych, które odprawiane sś tu codziennie, o każdej porze dnia i nocy. Nigdzie indziej wiara tak mocno nie zakorzenia się w codzienności a religia nie miesza się z handlem dewocjonaliami. Nigdzie w Indiach nie ma tłustszych krów. Nigdzie nie ma też chudszych ludzi... Z okien polecanego przez przewodnik hotelu "Alka" patrzymy na Świętą Rzekę, której stan pod koniec września nadal był bardzo wysoki. Mierzyła ponad 150 metrów szerokości, i zakrywała niemalże wszystkie "ghaty" - olbrzymie schody prowadzące wprost do rzeki. Podczas monsunu można do nich dojść tylko od strony miasta, nie da się nimi spacerować wzdłuż rzeki. Zresztą to co zostawia po sobie opadająca rzeka, w której zawartość bakterii kałowych przekracza normy Światowej Organizacji Zdrowia 150 tysięcy razy (!) nie zachęca do spacerów. Piasek, śmieci, fekalia, odpady, martwe zwierzęta... Może to dziwne, ale przybywając tu dostrzegłem pewne podobieństwo, które wiąże Waranasi i ... Wenecję. Ich cechą wspólną są odrapane budynki, sypiące się ściany, zatęchłe pomieszczenia położone nad rzeką, kochające wilgoć szczury. W obydwóch widać walkę miasta z rzeką... Najwęższe ulice na świecie Starówka to najstarsza i najgwarniejsza dzielnica Wiecznego Miasta poprzecinana wąskimi na metr lud dwa uliczkami, przy których odprawia się puje (nabożeństwa), sprzedaje nadpsute mięso, wyrabia słynne słodycze z odparowywanego mleka i ogromnej ilości cukru, produkuje jedwab, szyje sari. Ulice są tak wąskie, że można się po nich poruszać wyłącznie piechotą. Taksówki wysadzają turystów na którymś ze skrzyżowań, dalej trzeba się dostać na nogach. Wędrówka przez ten najprawdziwszy labirynt może w pierwszej chwili przerazić, zwłaszcza, że po zmroku często gaśnie tu światło i wypada mieć przy sobie latarkę. Idąc przez uliczki, do których bezpośrednio przylegają oświetlone świecami pokoje i izby niezbyt zamożnych hindusów czujemy się jakbyśmy przechodzili przez czyjeś podwórko, przez czyjś prywatny dom. Ulice Waranasi to przygoda sama w sobie. Na nich to żyją ludzie, święte krowy, kozy, byki, małpy i szczury. Tutaj śpią, leżą, modlą się, handlują, umierają... Zapach ludzkiego potu miesza się z odorem moczu zwierząt. Padłe krowy gniją przez nikogo nie sprzątane, żebracy żywią się resztkami wyrzucanymi przez "zamożniejszych" i zbierają bakszysz na kilka suchych desek, które wkrótce osmalą ich ciała, gdyż o pełnym spaleniu, które wymaga 100 kilogramów drzewa nawet nie marzą. Do Waranasi przyjeżdża się umrzeć. Pielgrzym, który obmyje swe grzechy w wodach Gangesu i dokona tu żywota, na pewno odrodzi się w bogatej i wykształconej rodzinie. Oczywiście jako mężczyzna - posiadający wyłączną możliwość wyrwania się z kręgu reinkarnacji i osiągnięcia szczęścia wiecznego. Nad wodami Gangesu Najlepszym sposobem na zwiedzenie nadrzecznej części miasta, a zarazem obowiązkowym punktem programu każdej pielgrzymi do Benares (dawna nazwa miasta używana często przez hindusów) jest przejażdżka łódką. Pielgrzymi i turyści spędzają w nich około dwóch godzin - pozwala to na zwiedzanie Ghatów. Główny Ghat Desaswamedh - gdzie przez cały dzień gromadzą się pielgrzymi z południowych Indii zawsze pełny jest braminów gotowych udzielać rad i lekcji medytacji, masażystów, adeptów krykieta, sprzedawców kwiatów, kadzideł, masła i słodyczy. Od wczesnego ranka przybywają pielgrzymi - modlą się, palą kadzidła, rzucają w wodę ryż, składają ofiary z kwiatów, zanurzają, myją, piorą ubrania. Dzieci po prostu się kąpią. Co więcej - prawie wszyscy piją tę cuchnącą wodę, której barwa i zapach nie zachęciły nas nawet do zanurzenia w niej stóp. Obok Desaswamedh pokaźnych rozmiarów ghat Maharadży Waranasi, ghat pielgrzymów, joginów, ghat robiących pranie... Spłonąć w Waranasi... Najsilniejszych wrażeń dostarcza wizyta na Ghacie Manikarnika zwanym "burning ghat". Przez cały dzień pali się tu ciała zmarłych. Tutaj jest to codzienność - można patrzeć do woli, ghatu tego nie wolno jednak pod żadnym pozorem fotografować. Jeden z przewodników - samozwańców zaprowadza nas do "umieralni" - domu, z którego dobrze widać stanowiska kremacyjne. Najpierw waży się ciało by ustalić ilość potrzebnego drewna i cenę kremacji. Następnie Pariasi wnoszą je na bambusowych noszach do wody. W ceremonii wezmą udział 4 żywioły: woda, ogień, powietrze i ziemia. Białe płótna kryją ciała dorosłych, czerwone - młodych mężczyzn, złote - młodych kobiet. Te spalą się z całą ich ziemską biżuterią. Kilkanaście metrów dalej Pariasi wypłukują popioły w celu poszukiwania drogich kruszców, obrączek, kolczyków. Czasami udaje się im wydobyć nawet złoty ząb... Miejsce skąd obserwujemy te sceny - umieralnia - to pustostan, w którym gromadzą się biedne wdowy i niedołężni starcy, którzy przybyli tu aby umrzeć w Waranasi. Czas, który pozostał im do końca wykorzystują na żebry. Jako świadkowie rozgrywającego się tu ostatnich chwil dramatu ludzkiego, decydujemy się wyciągnąć portfele, choć zazwyczaj nie wspomagamy żebraków. Gryzący nas w oczy dym nie poprawia nam nastroju. Wychodzimy starając się zrozumieć tych ludzi. Każdy chce jak najwięcej drewna - choć tyle by pękła czaszka - tak by duch mógł spokojnie ulecieć do niebios. W przeciwnym razie - metalowym prętem będzie ją musiał rozbić kapłan... Tekst: Dawid Tahir Wacławczyk ...powrót do strony głównej |
|
||
|
|
||||